"Zbrodnia i kara"

 

Jedna z najważniejszych powieści, jakie powstały w naszym kręgu cywilizacyjnym ponownie na Scenie Kameralnej!

 

 

Polecamy recenzję pana Michała Kasperowicza z miesięcznika Teatr, która, naszym zdaniem, utwierdzi Was w przekonaniu, że warto wybrać się na Scenę Kameralną.

 

ŚMIERĆ WYZWALA

Dwa tomy, kilkaset stron drobnego druku. Szczegółowe opisy wnętrz, garderoby, przedmiotów. Psychoanalityczne refleksje postaci pierwszo i drugoplanowych. Także narratora. Gąszcz słów/znaczeń bardziej i mniej istotnych. „Zbrodnia i kara” Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego, napisana w 1866 roku, jest całością zamkniętą, doskonałą. Ale „Zbrodnię i karę” można/należy też przeczytać przez doświadczenia, emocje własne, przez swoje postrzeganie świata-miejsca, czasu, akcji. I ludzi.

„Zbrodnia i kara” wielokrotnie była przenoszona na scenę. Z różnym skutkiem, jednakowoż zawsze zubożona. Janusz Kijowski, po półtorarocznej pracy nad tekstem zaproponował trzy odnazwiskowo zatytułowane duodramy: „Marmieładow”, „Świdrygajło”, „Porfiry Pietrowicz”. Łącznikiem koniecznym jest „rozszczepieniec” Radion Romanycz Raskolnikow.

„… w naszych czasach „współczucie” zostało zakazane nawet przez naukę ….. i tak już się dzieje w Anglii, gdzie panuje ekonomia kapitalistyczna, że „współczucia” już nie ma. Szlus!” mówi Marmieładow, pijak i degrengolada, do Raskolnikowa, ćwierćstudenta prawa i mordercy. Słowa te mogłyby paść zawsze i wszędzie. Także w Polsce. Współczesnej Polsce.

Współczucie, empatia, pomocnictwo, bycie dla drugiego to – mimo wszelkich deklaracji wspólnotowych, tożsamościowych – zjawisko/towar raczej niezwykle deficytowe. Podobnie jak słowo, symbol, znak – Solidarność. „Zbrodnia i kara” w inscenizacji Kijowskiego to opowieść o lichej kondycji etycznej człowieka. Ecce homo – oto człowiek. Ecce homo…?

Licha kondycja etyczna – straszne, niejednokrotnie tragiczne, niekiedy zbrodnicze. Ale i nieoczywiste. Jak każde uogólnienie ma całkiem spore migotliwe marginesy. Dla inności, odmienności – normalsi, pozbawieni dobrej woli, nie okazują zrozumienia. Bo to się w głowie nie mieści. Za to niekiedy lichota podpada pod kodeks karny.

Marmieładow kreowany przez Artura Starankę budzi sympatię. Wbrew nazwisku, którym złośliwie obdarzył go Dostojewski, wbrew wygadywanym głupotom, wbrew czynom niechwalebnym, wbrew alkoholizmowi i pijackim złodziejstwom. Portret namalowany przez Sterankę jest werystyczny. Kiedy się przewraca, to przewraca bezpodpórkowo (prawie). Zatacza ze smutnym bezwdziękiem. Monotonne pijackie bujawki kontrapunktuje Steranko zdaniami wypowiadanymi serio: „Koniecznie trzeba, żeby każdy człowiek mógł choć ... dokądkolwiek pójść…”. Tyle dróg, a nie ma dokąd iść. Samotność bezwzględna: „tego waszego kiwania głowami, nie biorę sobie do serca”. Tak jest i basta.

W roli Steranki jest apoteoza człowieczeństwa. Ułomnego człowieczeństwa. Tak ułomnego, że zakończonego zgonem. Ale nawet po śmierci Marmieładow uśmiecha się, gdy Raskolnikow wsuwa mu do kieszeni dziesięć rubelków. Na flaszeczkę. A może i dwie. Na kolejne stakańczyki. I jakże tu takiego heroicznego pijaka nie lubić … Świetna rola, zagrana nieco w poprzek Dostojewskiemu.

Część druga spektaklu też kończy się nieboszczykiem. Swidrygajłow (Grzegorz Jurkiewicz) strzela sobie w łeb. Pan, pełną gębą. Król życia, dżentelmen ze zużytej kliszy. Laseczka, cylinder, bogata szuba – atrybuty jaśniepaństwa. Jurkiewicz gra go powściągliwie, nawet z pewną dozą wyniosłości. Tak jakby wierzył w liczne, zmienne, samochwalebne, tylko nieco krytyczne samooceny owego bohatera. Z poszczególnych zdarzeń/opowiastek wyłania się jednak postać marniutkiego formatu. W istocie Swidrygajłow prowadził życie niecne: karcięta, wojażyki, panienki, oszustewka, żyćko wesołe, swidrygajłowe – kosztem innych, zwłaszcza kobiet. To, co odrzucił, uświadamia mu Raskolnikow: „Przecież pan to wszystko zmyśla! Wszystko, żeby moją siostrę zdobyć i też ją ukatrupić … jak jaką lichwiarkę. Nie!” Tak jak Marmieładowa zabiły/wyzwoliły pijane wyrzuty sumienia wobec córki Soni, tak Swidrygajłowa pozbawiła życia pustka/okrucieństwo pozornie barwnego życia. I pogarda dla samego siebie. Palnąć sobie z rewolweru w głowę. Wspaniałe, niepiękne wyzwolenie przez śmierć.

Opowieści o życiu Marmieładowa i Swidrygajłowa to opowieści o banalności zła. I zwykłości towarzyszącej mu śmierci. Skala zła jednego i drugiego mieści się w normach Tego świata. Ale nijak ma do etyki Platona i nauczania Jezusa. Ot, żyzń.

Część trzecia „Profiry Pietrowicz”. W typowym podziale zły/dobry policjant Maciej Mydlak (Porfiry) jest tym drugim: „Zawód sędziego śledczego – w istocie zawód wolnego artysty, nie sądzi pan? Już taki trefniś ze mnie”. I takim kreśli go Mydlak. Choć nie całkiem, w istocie sędzia jest człowiekiem bystrym, dociekliwym. Mydlak co pewien czas w poszczególnych kwestiach, prawie żarcikach podszytych sadyzmem, podkreśla swoją wiedzę o zbrodni. Kot bawi się myszą, choć tak naprawdę łapami kruszy jej ciało przed pożarciem. Zmusza Raskolnikowa do przyznania się. Mysz w pułapce, mysz, która żyła w przeświadczeniu, że jest nadmyszą, nadczłowiekiem. Mysz krzyczy: „Chciałem okraść lichwiarkę. A zabiłem dwie kobiety. To ja zabiłem tą przeklętą staruchę!!!”.

Raskolnikow (Dawid Dzierkowski) w miarę upływu czasu przedstawienia i czasu życia bohatera dorośleje. Dorasta do nitcheańskiej konstatacji „człowiek jest c z y m ś, co pokonanym być powinno! Bo kimże jest człowiek? Pyłkiem, prochem, puchem, którymi wiatr dowolnie pomiata. Czy jest, czy go nie ma – nieistotne. Światek i tak toczy się dalej bezkształtną bryłą zwaną społeczeństwem. Dzierkowski ładnie przebudowywuje Raskolnikowa - studenta chudzinę - w nadczłowieka, którego wolna wola nie zna żadnych ograniczeń. Supermen zła pokonany przez racjonalnego policjanta. W finałowym monologu Raskolnikow mówi do ukochanej Soni, ukrytej gdzieś na widowni: „banalna prawda, jak jest zbrodnia – to musi być i kara”. Szkoda, że w XXI wieku ta prawda zrelatywizowana została do granic nieprzyzwoitości. Przyzwoitość też w zaniku. W dobie naszej wszystko jest możliwe – zło staje się dobrem, kłamstwo tzw. postprawdą. Raskolnikow rozwalił siekierą czaszkę odrażającej, bezwzględnej nieludzkiej lichwiarce. Dobry uczynek? Nie, absolutnie nie. Powędrował na zsyłkę i miał to szczęście, że nie budowano jeszcze biełomorkanału.

W olsztyńskiej „Zbrodni i karze” występuje tylko czterech wyżej wymienionych aktorów. Plus tajemnica na widowni. Spirytus movens działań i zaniechań wszystkich antybohaterskich bohaterów jest Kobieta. Piękna Sonia, ukochana Raskolnikowa, która prostytuuje się dla zaspokojenia alkoholowych potrzeb tatusia Marmieładowa: „Własną rączką odliczyła trzydzieści kopiejek, wszystko co miała, wziąłem. Alfonsem byłem”. Są jeszcze matka i siostra Raskolnikowa. Materialnie nieobecne na scenie, fizycznie obecne na widowni. Niektóre monologi, także finałowy, Raskolnikow zamknięty punktówką, wygłasza wprost do nich. Do kobiet niewinnych i czystych jak Sonia. Czysty feminizm … . I bardzo dobrze. Rozmowa o wyższości kobiety nad mężczyzną jest konieczna i nieunikniona. Bez ględzenia o tzw. równouprawnieniu. I to jest jedyny jasny akcent tego mrocznego przedstawienia. Zasady zabite, zło wszechobecne, ludzie pomordowani, nic tylko się samemu obwiesić! Albo zawierzyć Kobiecie bez zastrzeżeń i grymasów. Taka postawa/ideologia. Jestem za.

 

                                                                                                       Michał Kasperowicz

 

Dziękujemy!
Dziękujemy!

Sezon 2017-2018 za nami!

więcej
Teatralne Kino Jaracza
Teatralne Kino Jaracza

Na czas wakacji przenosimy się na Plaże Miejską!

więcej
Egzaminy wstępne
Egzaminy wstępne

Nabór do Studium Aktorskiego

więcej
partnerzy
Teatr im. Stefan Jaracza w Olsztynie, ul. 1 Maja 4, 10-118, tel. 89 527 59 59
Realizacja: