Transformacja jako orgia. Rewelacyjny spektakl o pierwszej seksaferze III RP

Teatr sięga po jedną z najgłośniejszych polskich książek początku lat 90.

Nie, nie chodzi o "Wiedźmina", ale o "Pamiętnik Anastazji P." Naga kobieta rozmawia pod Sejmem z funkcjonariuszem. Aktorka Milena Gauer, w samych pończochach, tłumaczy mężczyźnie w mundurze, że to taka akcja artystyczna – i że upamiętniają znaną postać historyczną. I w gruncie rzeczy – to prawda.

Opisana powyżej scena-wideo to część spektaklu „Erotyczne immunitety. Sex i transformacja", opartego o jedną z najgłośniejszych polskich książek początku lat dziewięćdziesiątych. Nie, nie chodzi o „Wiedźmina", ale o „Pamiętnik Anastazji P.", który sprzedał się w nakładzie ponad 400 tysięcy egzemplarzy. „Erotyczne immunitety. Sex i transformacja". Hitowy spektakl w Olsztynie

To opowieść o prowokacji Marzeny Domaros, epizodycznej dziennikarki „Wieczoru Wybrzeża", dziewczyny z ubogiej wsi, z upadłego PGR, podszywającą się pod przybyłą z Francji hrabinę Anastazję Potocką, dziennikarkę „Le Figaro", która przy okazji pisania korespondencji z Sejmu III RP pierwszej kadencji, chciała też odzyskać rodowy pałac.
W swojej książce opisała stosunki seksualne, które — jak twierdziła — odbywała z czołowymi polskimi politykami, zafascynowanymi „prawdziwą hrabiną". Do dziś nie jest pewne, czy nie działała na zlecenie służb albo w porozumieniu z nimi.

Oszustka na szczytach władzy, seks, polityczne intrygi, a jednocześnie czas przełomu, epoka, w której w Sejmie trwa polowanie na agentów i prace nad zakazem aborcji (oba te wątki teatralne „Erotyczne immunitety" mocno podkreślają). W Ameryce zrobiliby z tego porywający serial fabularny i trzy filmy dokumentalne. My dotąd mieliśmy trochę wspominków w gazetach i całkiem niezły odcinek podkastu („Podcastex"). Teraz mamy też hitowy, rewelacyjnie zagrany spektakl w Teatrze Jaracza w Olsztynie.

Nagi polityk jako łup

„Jurny" – tak, chodzi o to słowo. Politycy w najnowszym spektaklu Rubina i Janiczak są właśnie jurni. Na scenie całkiem realistycznie oddana jest mównica sejmowa, z barwami narodowymi, orłem w koronie nad głowami posłów i krzyżem nad drzwiami. A między tym wszystkim: zgraja facetów bez spodni. Część z tych facetów grają kobiety z doczepionymi wąsami (i nie tylko wąsami).
„Rubaszny" – to kolejne słowo, które się przyda. W jednej z pierwszych scen posłowie skaczą w rytm biesiadnej przyśpiewki weselnej: „Cztery razy po dwa razy, osiem razy raz po raz, o północy ze dwa razy i nad ranem jeszcze raz", układają kuplety na temat swoich seksualnych wyczynów i przekazują sobie z rąk do rąk „Anastazję". To scena prawie jak z tradycji teatru fizycznego, czerpiącej z powidoków po Jerzym Grotowskim i rytuału, a nie z polskiego teatru politycznego, który odruchowo ludzie wiążą wciąż z wyobrażonym Bertoltem Brechtem i intelektualnym dystansem. Owszem, Milena Gauer przez sporą część spektaklu gra „Anastazję" nago. Ale jeszcze więcej jest tu nagości mężczyzn. Mężczyzn wydających się „Anastazji" na żer, na łup w imię swoich tęsknot, fantazji i pragnień, które obnażają ich dużo bardziej, niż ściągnięcie majtek. Jasne, męska nagość wraca w polskim teatrze od dekad, ale w „Erotycznych immunitetach" to inna męska nagość. Nie jest uwznioślona, nie jest też pokazywana z perspektywy homoerotycznego spojrzenia. Jest nieco przaśna, nieporadna, niewyestetyzowana.

Janiczak to jedna z najciekawszych, najodważniejszych i najwyrazistszych dziś polskich feministycznych dramatopisarek. Chyba nikt tak jak ona (z Rubinem w tandemie) nie odwrócił tak dobitnie w mainstreamowym polskim teatrze dominacji uprzedmiotawiającego męskiego spojrzenia, przepisując przy okazji „Heaven Is a Place on Earth", hit Belindy Carlisle z 1987 roku, na piosenkę o mnogości kobiecych orgazmów.
Olsztyński spektakl bardzo dużo bierze z książki Potockiej–Domaros (jej ghostwriterem był skądinąd znany krakowski dziennikarz Jerzy Skoczylas). Nie ma żadnych nazwisk – są tylko imiona. Ale Olek, Antoni (polujący na komunistycznych agentów), Jacek (rozdający zupę) czy Stefan (z ZChN) – to imiona bardzo znaczące.

Ciągle ten sam seksizm

Jednocześnie Janiczak nie poprzestaje na historycznej rekonstrukcji czy anegdocie. Daje swoim politykom historyczną nadświadomość, każe narzekać na nadchodzące czasy, kiedy „zwykłe interakcje seksualne będą poddawane histeryczne moralizowaniu, zbyt daleko sięgającym regulacjom, niemal biurokracji", jak krzyczy jeden z polityków. I choć przede wszystkim jest to element satyry na seksistowskich „dziadów", to jest w tym spektaklu też pewna dwuznaczność – w teatrze Rubina i Janiczak czuć tęsknotę za czasami sztuki opartej na przekroczeniu, sprzed fali calloutów, które, choć prawie nikogo nie usunęły z teatralnej sceny (w Polsce tzw. „cancel culture" to mit), to zmieniły atmosferę polskiego teatru. Czuć tęsknotę za intensywnością i odwagą dawnej sztuki krytycznej, i za optymizmem, nawet naiwnym, czasów, gdy nazwy zagranicznych marek wydawały się poezją (w spektaklu są namiętnie recytowane).
„Odkąd mamy w Polsce wolność, ciągle jestem napalony" – krzyczał jeden z artystów sztuki krytycznej lat 90. sportretowanych niedawno w „Piramidzie zwierząt" Michała Borczucha i Mateusza Górniaka w Starym Teatrze w Krakowie. Przez lata trwała krytyka polskiej transformacji ustrojowej na scenach teatralnych – za jej peryferyjność, nieliczenie się z kosztami i ofiarami, uległość wobec Kościoła. Zresztą wszystkie te wątki są obecne i w „Erotycznych immunitetach" – publiczność nagradza gromkimi oklaskami zdanie „W kapitalizmie trzeba się nauczyć, oswoić z zostawaniem z ch*** w dłoni, i zostawaniem z ch*** w ręku z godnością", które wygłasza postać przypominająca Leszka Millera (Mikołaj Trynda). Ale teraz polski teatr zaczyna też zauważać dynamizm transformacji, jej seksualną wręcz witalność, ba: „wolę mocy". Może to ociupinka nostalgii, wychodząca z cienia, gdy pokolenie niegdysiejszych „młodych" krytyków systemu weszło już na poważnie w wiek średni? A może zmęczenie dzisiejszym marazmem i niemocą strony „progresywnej"?

Z drugiej strony, spektakl z Olsztyna to też brzydkie memento. To ciągle ci sami ludzie, zdają się przypominać Rubin z Janiczak, ciągle te same kompleksy, urazy i ambicje, i ciągle ten sam seksizm, które wciąż nami rządzą.

Balzak w PGR

Tak, to nie przypadek, że „Anastazja P." wraca właśnie teraz. To też coś więcej niż kolejny przejaw retromanii, tęsknoty za latami dziewięćdziesiątymi czy po prostu mody na nie. Polityczna anegdota, medialny skandal sprzed trzydziestu pięciu lat wraca nie tylko jako ciekawostka, ale też jako element namysłu nad sprawami bardzo dzisiejszymi, budzącymi tu i teraz bardzo żywe emocje i spory.
Przykład? Weźmy intensywną dyskusję wokół pracy seksualnej, dzielącą na pół środowiska feministyczne. Dramat Jolanty Janiczak pokazuje to tak: Anastazja–Marzena wykorzystała ciało jako jedyny kapitał, który miała, by spróbować dokonać awansu. W gruncie rzeczy, grana przez Gauer postać żywo przypomina bohaterów „Komedii ludzkiej" Balzaka, albo też Barry’ego Lyndona z filmu Stanleya Kubricka i powieści Williama Makepeace’a Thackeraya. Czyli: bezwzględnych młodych ludzi z niebogatych rodzin, z prowincji, którzy za wszelką cenę prą wzwyż, posługując się manipulacją i fortelem, nierzadko uwodząc damy z towarzystwa – i marząc o wejściu do elity. Na chwilę im się to udaje, dalszy los z reguły bywa jednak tragiczny.
Nie wiemy, co się stało z prawdziwą Marzeną Domaros, co dzisiaj robi, gdzie przebywa. W jednej z fantazji Janiczak bohaterka i autorka „Pamiętnika Anastazji P." zarabia na czymś przypominającym serwis OnlyFans, handluje przedmiotami o fetyszystycznym przeznaczeniu, oferuje płatne spotkania.

Kto mi uwierzy?

Albo jeszcze cięższy temat: przemoc seksualna i krajobraz po #metoo. W swojej książce Domaros twierdziła, że została zgwałcona przez Andrzeja Kerna, wicemarszałka Sejmu z Porozumienia Centrum, zmarłego w 2007 roku. Pisano potem, że to pomówienie i prowokacja służb, sama Domaros nigdy nie złożyła formalnego oskarżenia, któremu Kern zaprzeczał.
Rubin z Janiczak groteskowy sposób odtwarzają scenę z książki, scenę, którą traktują właściwie jako literacką – nie prowadzą teatralnego śledztwa w sprawie jej prawdziwości. Chwytają się fragmentu w relacji Domaros, kiedy polityk (kojarząca się z Kernem postać grana przez Radosława Hebala) chce, żeby podczas spotkania śpiewać z nim „Hej, Sokoły!", potem na scenie wyrzuca z siebie w trakcie aktu potok prawicowo-kombatanckich frustracji, a tłumaczy się, że już święty Augustyn pisał, że organy płciowe poruszają się niezależnie od woli.

Ważniejsze jednak, co dzieje się potem – gdy bohaterka próbuje poradzić sobie z tym doświadczeniem. „Dlaczego nie próbowałam wybiec z pokoju? Dlaczego zostałam do rana? Dlaczego rano nie zawiadomiłam policji? Już widzę, jak przychodzę na posterunek i mówię: - Zgwałcił mnie wicemarszałek Sejmu. Wprost słyszę ten rechot policjantów. Kto by mi uwierzył? (…) Wprawdzie niekiedy powtarzałam dowcip, że gwałt to nagła i niespodziewana przyjemność, ale dopiero teraz wiem, jak głupi to był dowcip" – pisała „Anastazja P." na początku lat 90.
Janiczak w swoim tekście idzie za tym tropem sprzecznych myśli, radzenia sobie z doświadczeniem przemocy na własnych zasadach, nieufności wobec państwa. „Wciąż jestem zdezorientowana, nie odzywa się we mnie ani wściekłość, ani ból, no może jakieś lekkie obrażenie wewnętrzne, nie mam siły na żadne obdukcje, muszę sobie ten materiał jakoś przetworzyć w ciele, zdecydować czy lekcja marszałka będzie mnie hamować, niezdrowo ekscytować, popychać w stronę podobnych typów i podobnych przygód, aż w końcu poczuję siłę, żeby wstać, wziąć nóż lub gazetę i sama wymierzyć sprawiedliwość według potrzeb i zasług" – mówi Anastazja–postać sceniczna w 2026 roku.

Z najnowszą premierą Janiczak i Rubina można się kłócić, może wywołać opór. Ale ważne jest to, że przedstawienie nie odwraca wzroku od najtrudniejszych tematów, co niestety robi dzisiaj duża część polskiego teatru.

Erotyczne immunitety, sex i transformacja