Kiedy mit zaczyna działać

Oglądając „Krzyżaków” Jana Klaty w Warszawie podczas Festiwalu Nowe Epifanie, miałem poczucie obcowania ze spektaklem, który przede wszystkim bada mechanikę mitu – nie jego treść, lecz sposób, w jaki mit działa w zbiorowej wyobraźni.

Klata nie wystawia Sienkiewicza ani przeciw komuś, ani „na przekór” tradycji. Interesuje go raczej sam proces mitotwórczy: jak z opowieści rodzi się wspólnota emocji, jak z emocji powstaje gest, a z gestu – rytuał. „Krzyżacy” w tej inscenizacji przypominają laboratorium zbiorowych reakcji. Widz nie jest tu tylko odbiorcą historii, lecz uczestnikiem jej nieustannego uruchamiania.

Najciekawsze jest napięcie między patosem a jego natychmiastowym podważeniem. Klata buduje sytuacje, które niemal prowokują do wzniosłego przeżycia – po czym delikatnie przesuwa akcent, wprowadza pęknięcie, odsłania teatralność gestu. Ten mechanizm nie służy ośmieszeniu narodowego imaginarium, lecz jego odruchowemu rozszczelnieniu. Widz zostaje przyłapany na własnej potrzebie wzruszenia.

Spektakl działa poprzez rytm. Sceny zbiorowe mają w sobie energię performansu – są powtarzalne, niemal transowe. Ta energia rodzi się z synchronizacji ciał, powtarzalności gestów i rytmu sceny, dzięki czemu widzowie odbierają ją niemal fizjologicznie, stając się uczestnikami wydarzenia, a nie tylko obserwatorami. Z kolei partie bardziej intymne wytracają tempo i zagęszczają obecność ciała. Właśnie ciało – wystawione na przemoc, upokorzenie, bezradność – staje się tutaj centralnym nośnikiem sensu. To ono demontuje heroiczną narrację skuteczniej niż jakikolwiek ironiczny komentarz.

Osobny akcent należy położyć na aktorstwie, które w tej realizacji jest fundamentem całej konstrukcji. Rydzyńska jako Jagienka tworzy postać wyrazistą i wewnętrznie spójną, daleką od stereotypu romantycznej heroiny. Jej obecność sceniczna ma w sobie skupienie i uważność; aktorka operuje oszczędnym gestem, precyzyjną frazą, subtelną zmianą tonu. W jej interpretacji Jagienka staje się kimś więcej niż partnerką rycerza – jest świadkiem i komentatorką męskiego świata ambicji, honorowych deklaracji i nieustannego napinania symbolicznych muskułów.

Cymorek jako Zbyszko z Bogdańca prowadzi rolę przez świadomie eksponowaną niedojrzałość bohatera. Jego Zbyszko nie jest spiżowym rycerzem, lecz młodym człowiekiem, który dopiero uczy się swojej roli. Aktor wyraźnie pracuje ciałem – w napięciu barków, w sposobie stawiania kroków, w gwałtowności reakcji widać potrzebę potwierdzenia własnej wartości. Ta interpretacja nadaje postaci rys współczesny: rycerskość okazuje się projektem, który trzeba nieustannie podtrzymywać, bo łatwo pęka pod ciężarem własnych deklaracji.

W tej perspektywie „Krzyżacy” są spektaklem o performowaniu tożsamości – o tym, jak role społeczne, oczekiwania i symbole są „odgrywane” przez jednostki w codziennym i rytualnym kontekście. Rycerz nie jest już figurą historyczną, lecz rolą do odegrania. Męskość jawi się jako kostium, który można założyć z przesadą albo nieudolnie. Wojna przestaje być przeznaczeniem – staje się scenariuszem, który bohaterowie próbują wypełnić, czasem bez przekonania.

Interesujące jest również to, jak Klata reżyseruje widownię. Śmiech pojawia się często w momentach, w których nie jesteśmy pewni, czy wypada się śmiać. Za chwilę ten śmiech zamiera. Spektakl konsekwentnie wystawia odbiorcę na dyskomfort poznawczy: czy przeżywam dumę, czy właśnie jej karykaturę? Czy wzrusza mnie wspólnotowy ton, czy jego echo?

Warto jednak zauważyć, że przedstawienie działa nie tylko jako demontaż mitu, lecz również jako jego ponowne, świadome uruchomienie. Pastisz nie jest tu bezpiecznym filtrem. Przeciwnie: im więcej śmiechu, tym wyraźniej odsłania się pod nim pragnienie uczestnictwa. W scenach zbiorowych – zwłaszcza w rytmicznych, niemal stadionowych układach – wyczuwa się realną energię wspólnotową. To nie jest wyłącznie ironiczny cytat z narodowej fantazji o Grunwaldzie, lecz także próba zrozumienia, dlaczego ta fantazja wciąż działa. Klata nie odbiera widzowi przyjemności rozpoznania; pozwala jej wybrzmieć, po czym poddaje ją próbie. Dzięki temu spektakl nie zatrzymuje się na poziomie krytycznego dystansu, lecz dotyka czegoś bardziej niepokojącego – naszej gotowości, by w określonych warunkach znów powiedzieć: „wreszcie wojna”.

Nie mam poczucia, że to przedstawienie demitologizujące w prostym sensie. Ono raczej pokazuje, że mit jest strukturą elastyczną – że może być jednocześnie źródłem siły i nieporozumienia. Klata nie niszczy pomnika. Sprawdza, z jakiego materiału został odlany i czy potrafi jeszcze rezonować.

Dlatego warszawski pokaz wydał mi się szczególnie intensywny. W kontekście festiwalu operującego kategorią objawienia „Krzyżacy” nie proponują gotowej prawdy. Proponują moment odsłonięcia mechanizmu – chwilę, w której widzimy, jak historia staje się przedstawieniem, a przedstawienie historią.

I może właśnie w tej świadomości teatralności tkwi największa siła tego spektaklu.

Krzyżacy

Najbliższe spektakle