Uwierzyć w Zosię
W „Weselu” wystawionym dwa sezony temu w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie Sławomir Narloch wyrażał wiarę w polską wspólnotę. Teraz powrócił na olsztyńską scenę z „Panem Tadeuszem” i przeświadczeniem o potrzebie wzmacniania więzi szerszej, bo europejskiej. Sięgając do teatralnych korzeni oraz wspólnego dziedzictwa Starego Kontynentu przedstawił nasz narodowy epos w formie epopei paneuropejskiej, nie tyle ku romantycznemu pokrzepieniu, co ku bardzo współczesnej przestrodze. Zgodnie ze swą zapowiedzią „po raz pierwszy postarał się zabrać głos w obywatelskiej sprawie”. I swoim już zwyczajem okrasił spektakl śpiewem, tańcem, wszechobecną przyrodą i opowiadaczem historii.
Tym razem jednak ciężko upatrywać w narratorze alter ego reżysera. Jest nim bowiem klekoczący drewnianym dziobem bocian, ze swadą odgrywany przez Wojciecha Rydzia, który paraduje w czerwonych kozakach i opierzonym stroju utrzymując dziubek na twarzy i podkreślając każdym ruchem cechy brodzącego ptaka. Który wśród świergotu, treli i dźwięku liry rozpoczyna spektakl inwokacją do europejskiej ojczyzny. Szczęśliwie nie jest to skandalicznie niepoprawny i zaobrączkowany bocian z filmu Wajdy, ale trzymający fason przewodnik po scenicznym świecie, symbol polskości i rodzącej się nadziei. Ta zaś wylęga się w kolebce Europy, greckim mateczniku wolności, miłości i szczęścia, o którym śpiewają nam trzy podtrzymujące sklepienie świątyni Kanefory w osobach Alicji Kochańskiej, Katarzyny Kropidłowskiej i Zuzanny Wickiej, w dużej mierze przejmujących na siebie wokalny ciężar przedstawienia.
„A waszą Iliadę śpiewajcie jak Rotę,
Że nie rzucim ziemi co zwie się Europa.
I bogom uczyńcie błagalny obrządek,
By z oczu nie stracić, gdzie macie początek.”
I tak Soplicowo przenosi się do starożytności, a epopeja, nie tylko jako literacki gatunek, powraca do źródła, by spojrzeć szerzej na wspólny dorobek, początki kultury europejskiej i przyświecające dawnym Grekom demokratyczne wartości. Powrót ten wspomaga wizualnie antyczna, amfiteatralna scenografia Maksa Maca udekorowana kolumnadą i czerwonofigurowymi malowidłami rodem z ceramiki, gdzie obok walecznych herosów i dzielnych hoplitów zdarzają się także namiętne sprośności. Cofając się do samego początku Narloch szukać pragnie przyczyn dzisiejszego upadku ideałów, powolnego rozkładu braterstwa i jedności, tak samo nad Wisłą, jak i w Brukseli. Czy to nie nazbyt naiwne, a może trwożliwe spojrzenie? Wszak Europa w swych dziejach rzadko była w większej niż dziś zgodzie. Pal licho, to teatr, tu można składać eposy od nowa. Tu można tworzyć mity, mieszać epoki, kpić i w żart obracać, śpiewać i chwalić przyrodę. Budować nowe podwaliny. Jednym z fundamentów spektaklu jest z pewnością muzyka Jakuba Gawlika, często jazzowo swingująca, wpadająca w ucho refrenem musicalowego kawałka „Mów mi Tadzio”, mrucząca groźnym ambientem, hipnotyzująca dźwiękami handpanu w świątyni dumania, romantyzująca dźwiękami fortepianu, perkusyjnym bitem ilustrująca bijatykę po kłótni na zamku, wyjąca wuwuzelami Dobrzyńskich, ale nie stroniąca też od skocznych i hałaśliwych rytmów disco-polo. Motywem przewodnim, który powraca klamrą w finałowym polonezie staje się Oda do radości, hymn Europy. Sławomir Narloch ubrał w lekką piosenkę stołowe grzybobranie, wychwalając pod niebiosa leśny róg Amaltei, wspomniany wyżej przyjazd roznamiętnionego Tadeusza-Achillesa do Soplicowa i ostatni zajazd na Litwie zamieniony w pijacko-rozrywkową burdę-ustawkę, w której oczy zielone i kibicowskie przyśpiewki mieszają się z „Boże, coś Polskę” i hasłem „bój się Polaka”. O choreografię zadbał musicalowy specjalista Michał Cyran, widowiskowo wykorzystujący w układach liczny zespół aktorski i przynajmniej w pierwszej części znacząco wzbogacający szlacheckie show.
Bo część pierwsza umizgami, miłosnymi uniesieniami i sielskością antycznego dworu ma nas wprowadzić w dobry nastrój bawiąc się przyjętą konwencją, ironizując i drwiąc z narodowych przywar, ludzkiej głupoty i małostkowości. „Pan Tadeusz” mruga do nas żartobliwie okiem z co drugiej sceny: chołodziec litewski rozlewają tu z wielkiej amfory, całkiem nieantyczne strzelby palą pif i paf do wyobrażonego niedźwiedzia z pobrzmiewającą za plecami pieśnią „Hej, sokoły”, zastygłe ludzkie kariatydy leją z dzbanów niewidzialną wodę, w której obmywa boskie ciało piękny z natury Tadeusz, nieutulone dzieci płaczą w wózkach, na theatronie prostackiego zaścianka zasiadają ogrodowe krasnale, zaś Dobrzyńscy dumnie obnoszą czerwone bejsbolówki z napisem „Make Soplicowo great again”. Śmieszne, ale i straszne. Aktorskim nośnikiem humoru i drwiny z wielkopańskich aspiracji staje się Hrabia w wykonaniu Marcina Tyrlika, bojaźliwy i zniewieściały rzymski patrycjusz ze złotym wieńcem laurowym, w rzemiennych sandałach i obowiązkowych skarpetach wpływający na szezlongu na suchego przestwór scenicznego oceanu. Wraz z dwójką równie eunuchowatych służących, śmiejących się na zawołanie, komentujących i zachwycających swym panem z przesadną gorliwością tworzą niezapomniane komiczne trio. Tyrlik ma w sobie coś w neronowego samozachwytu i nonszalancji, gra na pograniczu farsy czy to rozpływając się nad włoskimi specjałami wraz z Telimeną, czy sącząc delikatnie z ust nieprzystające mu „wara”, czy ponaglając swych tragarzy francuskim „Allez!”. Podobnie komediowym, ale i współcześnie rezonującym zabiegiem, wywracającym do góry nogami greckie tradycje teatralne, jest obsadzenie w rolach Rejenta i Asesora kobiet – Emilii Lewandowskiej i Agaty Zielińskiej. Niby nic dziwnego, w końcu kłócą się o pieski, ale Narloch wyraźnie pragnie uderzyć w mickiewiczowski świat mężczyzn, oddając należne pole kobietom. W scenie zgody odrzucają one przyklejone wąsy, jakby pokazując, że płeć piękna ma więcej oleju w głowie, a mniej zacietrzewienia i buty. Dojrzałą kokietkę, niekiedy trzpiotkę, lecz świadomą swych walorów pewną siebie kobietę przedstawia Ewa Pałuska-Szozda. Jej Telimena manipuluje męskim światem, wzbudza ochy i achy strojem i manierami, choć przecież z zamążpójściem ma pewne problemy. Aktorka drobnymi akcentami niuansuje humorystyczne zabarwienie postaci, czasem wymowną pauzą, nagłym gestem lub spojrzeniem, a niekiedy trafnie rzuconym słowem. Kto by się spodziewał tylu znaczących uśmiechów po zwykłym „O, mrówka”.
Z prześmiewczą ironią bawi się także postacią miotanego namiętnościami Tadeusza rozśpiewany, odziany w skórzaną togę i przydające męskości karwasze Mikołaj Trynda. Jego bohater to antyczny Piotruś Pan, zachwycający się własną osobą narcyz przyzwyczajony do poklasku i łatwych zdobyczy, któremu nie w smak wiązanie się małżeńską przysięgą. Będący jego przeciwieństwem, twardy i zdecydowany Sędzia Marcina Kiszluka będzie musiał siostrzeńca nieźle połajać i obić, a nawet wspomóc się podkreślającą wagę słów „macią”, by naprostować moralny kręgosłup młodziana. I udaje mu się to aż nadto, bo choć olsztyńska Zosia jest dość ulotna i niewidoczna, to Tadeusz ujrzy ją swoją miłością. Ostatnia, nieco rzewna piosenka wieczoru, będzie właśnie o braku Zosi, w której obecność trzeba po prostu uwierzyć, tak jak w Polskę, w europejską wspólnotę i dawniej obowiązujące wartości – prawo, uczciwość, wiedzę, pracę czy zwykłą ludzką życzliwość. „Ja chcę wierzyć w słowa, te z wielkiej litery, by mi nikt nie wmówił, że po trzy jest pięć, nie cztery. Uwierz i Ty! Tak jak w Zosię, bardzo Was proszę.” – śpiewa Mikołaj Trynda słowami Sławomira Narlocha. Brzmi idealnie. Brzmi teatralnie.
Po antrakcie widzimy zaś inną twarz „Pana Tadeusza”. Reżyser zadośćuczynił już potrzebie teatralnej rozrywki, a teraz wymaga słuchania i głębszego zastanowienia się, co i po co właściwie oglądamy. Wraz z przybyciem do Soplicowa Moskali, przybywa też dziejowa burza. Burza nie tak wcale odległa, burza hucząca odległym echem wojny i grzmotami dział. Narloch wyraża zastygłym w bezruchu ludzkim tłumem marazm i pozory działania, paraliżujący strach przed widmem śmierci, którego zwiastuny wszyscy wokół zdają się bagatelizować. Z mocą wybrzmiewa chóralna pieśń całego zespołu, pieśń-modlitwa do boga ognia Prometeusza, by piorunami dronów spadających z nieba raczył nie wypatrywać naszych domów, by wybrał inny niż Soplicowo cel. Jesteśmy jednak częścią większej całości, fragmentem zjednoczonej Europy, współodpowiedzialni i współwinni obojętności na globalne zagrożenia. Na epicką furię przywódców z przerośniętym ego, szaleństwo zabijania w imię racji silniejszego, w którym czynnik ludzki stanowi nieistotny odprysk rzeczywistości boskich planów małych-wielkich tego świata. Wojenne pomruki zestawia Narloch z mocą opisów przyrody, która także czuje zbliżającą się katastrofę. Z pięknem rozgwieżdżonego nocnego nieba i błyskiem nadlatującej złowieszczo niczym kosmiczne fatum komety. Z wyrzucającym chmurę pyłu wulkanem, który wybuchnąć może ogniem w każdej chwili. Lęk jest wszechobecny i namacalny. A my, niczym aktorzy w teatrze, stoimy patrząc i czekając w porażającym grozą wojny odrętwieniu.
O tym czego nam trzeba mickiewiczowskimi frazami powiedzą Gerwazy i ksiądz Robak. Oni nie heheszkują na scenie, niosą powagę dramatu i sytuacji, rozpolitykowani w wewnętrznych sporach przedstawiciele męskiego świata krzywd, sporów i zemsty. A jednak mogący się ostatecznie porozumieć. Paweł Parczewski, odziany niczym rzymski gladiator, pewnym głosem i zaciętą miną każdym wejściem wyraża wojowniczą zaciekłość i nieprzejednanie. Strach się go nie bać, gdy jednym warknięciem ucisza rozpłakaną dziatwę, a w tle towarzyszą mu mroczne tony. Jego Gerwazy staje się uosobieniem zacietrzewienia i szewskiej pasji ograniczającej rozum do rozmiarów bicepsa. Co innego Jacek Soplica, wyjątkowo młodzieńczy w osobie Macieja Cymorka, niesterany jeszcze życiem, choć bogaty doświadczeniem i jakby udowadniający, że bohaterskich i szlachetnych czynów muszą dziś dokonywać coraz młodsi. Bo starsi wierzą jedynie w siłę ognia i żelaza. Cymorek z przekonaniem buduje dramatyczne napięcie wygłaszanej spowiedzi, godząc się z losem i prosząc o wybaczenie. Dążąc do pojednania, które jest kluczem do naszej przyszłości.
Olsztyńskie muzyczne widowisko Sławomira Narlocha kończy się, jak na „Pana Tadeusza” przystało, zgodnym paneuropejskim polonezem, choć wytańczonym w cieniu dymiącej góry. I zaczerpniętym z Księgi Drugiej fragmentem o żurawiu, który stoi na jednej nodze, trzymając w szponach drugiej kamień, by nie zasnąć. Stale czujnym i stróżującym, gotowym w każdej chwili obudzić drzemiące europejskie stadko przed każdym zagrożeniem. Narodowy epos wrócił do źródła i rozlał się znaczeniami wspólnego dziedzictwa kulturowego. Czasem ironicznie, często żartobliwie, ale w głębi niosąc poważne przesłanie. W cieniu sporu o zamek Horeszków, w morzu odwiecznych namiętności targających bohaterami, Narloch wytyka nam nadmierne skupianie się na własnym podwórku, jałowe spory, partykularne interesy i nic nie znaczące burze w szklance wody, gdy w oddali widać już prawdziwe burzowe chmury. Woła o rozszerzenie horyzontu spojrzenia i zakończenie błahych zatargów. Czy Europę stać na faktyczne zjednoczenie i zgodę, na solidarną obronę wspólnych tradycji i wartości? Chciałoby się wierzyć. Bo cóż innego nam pozostaje. Tak, jak chcielibyśmy uwierzyć w Zosię. Tadeuszowi się udało. Może trzeba tylko chcieć?