Libido transformacji

W olsztyńskim spektaklu Marzena Domaros/Anastazja Potocka to nasza transformacyjna pani Bovary, z głową umeblowaną nie przez Waltera Scotta, ale Dynastię, kolorowe magazyny, Harlequiny, ludowe fantazje o wielkopańskim życiu.

Okładka Erotycznych immunitetów Anastazji P./Marzeny Domaros przedstawiała uchylającą się kołdrę, spod której wyłaniał się gmach Sejmu. W inspirowanym tą książką spektaklu Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina biała kołdra zasłania scenę olsztyńskiego teatru jako kurtyna. Dobiegają zza niej okrzyki, w których rozpoznajemy hasła z kampanii wyborczej do Sejmu I kadencji (1991–1993) – „chłopi na Wiejską!” – a na kurtynie widnieje wielki czerwony napis „Bo jesteś tego warta”, jeden z wielu reklamowych sloganów, które na początku lat 90. próbowały pozyskać uwagę telewizyjnych widzów w przerwie między głównym wydaniem wiadomości a filmem o dwudziestej.

Marketing z tamtego okresu – niezależnie od tego, czy sprzedawał polityczne szyldy, czy proszki do prania – odwoływał się do tego samego: pragnień i aspiracji rozbudzonych przez nową rynkową i demokratyczną rzeczywistość, gdy z jednej strony walił się w gruzy stary, oswojony świat PRL, skazując całe grupy społeczne na lata pauperyzacji, a z drugiej wszystko wydawało się możliwe, miliony uwierzyły, że także dla nich nadeszła „pogoda dla bogaczy”. Spektakl mówi nie tylko – jak obiecuje podtytuł – o „seksie i transformacji”, ale próbuje uchwycić całe kłębowisko transformacyjnych pragnień, odsłonić pulsujące libido początku lat 90. we wszystkich jego przejawach – politycznych, kulturowych, erotycznych; zwłaszcza tych, które w swojej nadmiarowości wydają się dziś szczególnie groteskowe.

Sen o najntisach

Gdy kurtyna się podnosi, widzimy salę sejmową. To ona będzie sceną, na której toczyć się będzie dramat transformacyjnych pragnień. Zasiadający na niej politycy przedstawiani są wyłącznie z imienia: Olek, Leszek, Władek, Stefan. Łatwo jednak rozpoznajemy inspirujące ich postaci z lat 90., domyślamy się, do kogo odwołuje się postać Jacka w dżinsowej koszuli czy Antoniego z obsesją na punkcie teczek.

Olsztyński spektakl nie wdaje się w spekulacje, „kto naprawdę stał za Anastazją P.”, nie interesują go hipotezy na temat polskich lub obcych służb mogących kierować młodą kobietą ani nawet to, czy Anastazja/Marzena mówi prawdę. W pierwszej scenie, zanim jeszcze zobaczymy Sejm, widzimy przez chwilę „prawdziwą bohaterkę” – dziewczynę ze Zblewa, która marzy, by wyrwać się z pomorskiej wsi, i przez Gdańsk trafia do Warszawy, zostawiając rodzicom własną córeczkę na wychowanie. Dla twórców spektaklu „prawda o Anastazji/Marzenie” tkwi jednak nie w miejscu, z którego zaczęła swoją podróż, ale w wypełnionej kuriozalnymi arystokratycznymi i wielkoświatowymi pretensjami fantazji, która sprawiła, że dziewczyna znalazła się w samym centrum największego polityczno-seksualnego skandalu początku lat 90.

Cały spektakl wygląda jak sen o epoce, który mógł się przyśnić twórcom zasypiającym nad ranem po długiej nocy riserczu. Sceny rekonstruujące narrację Potockiej/Domaros sąsiadują z fantazyjnymi wykwitami wyobraźni Janiczak i Rubina. Ze sceny padają dialogi, które moglibyśmy kojarzyć z całkiem niedawnymi dyskusjami na temat znaczenia seksualnej zgody. Na ścianie scenicznego Sejmu wisi krzyż, choć zawisł tam dopiero w 1997 roku – na tyle jednak wbił się naszą świadomość, że trudno wyobrazić sobie początki naszej demokracji bez dominacji tego symbolu.

Aktorzy wychodzą z roli i zaczynają mówić od siebie. W jednej z najzabawniejszych scen aktor odtwarzający opisaną w książce sytuację – poseł dzwoni do biskupa, by uzyskać dyspensę na zabawę w wielkim poście – rozmawia przez telefon z „pogotowiem duchowym” na temat nagości w teatrze z punktu widzenia nauczania Kościoła. Aktorki z przyprawionymi wąsami grają mężczyzn, a wszyscy politycy cały czas występują bez spodni, co wzmacnia oniryczny, nierzeczywisty, groteskowy efekt.

Sens obnażenia

„Takiego przeboju dawno nie było. Kolejki ustawiające się przed księgarniami na długo przed ich otwarciem to obrazek, jakiego księgarze nie widzieli już od kilku lat. Bukiniści mówią, że od czasów »Alfabetu« Urbana nic nie sprzedawało się tak dobrze” – tak o sprzedażowym sukcesie Erotycznych immunitetów donosiła „Gazeta Stołeczna”. Ostatecznie sprzedać się miało ponad 400 tysięcy egzemplarzy, co także dziś byłoby imponującym wynikiem.

Z czego wynikała popularność publikacji Potockiej/Domaros? Seks, zwłaszcza w połączeniu z polityką, sprzedaje się zawsze, a książka weszła na rynek w okresie, gdy nie było jeszcze przemysłowo łowiących polityczne skandale tabloidów. Publikacja symbolicznie ściągała spodnie politykom wszystkich partii, obnażała ich hipokryzję, pokazywała ich jako groteskowych, niekontrolujących swoich żądz erotomanów – czego zmęczone pretensjami nowej politycznej elity społeczeństwo najwyraźniej potrzebowało.

Historyk III RP Antoni Dudek, pytany po latach o Erotyczne immunitety, stwierdził, że „polityczne znaczenie tej sprawy polega na tym, że wpisała się w ciąg afer i skandali, które przyczyniły się do skompromitowania całego Sejmu I kadencji”. Kluczowe jest tu sformułowanie: „jedną z wielu afer”. Sejm I kadencji nie potrzebował Anastazji P., by się skompromitować. Ordynacja bez progów wyborczych wyłoniła Sejm, w którym zasiadało prawie 30 partii i ugrupowań politycznych, co w praktyce uniemożliwiało zbudowanie jakiejkolwiek stabilnej większości. Pierwszy wyłoniony w tym Sejmie rząd – Olszewskiego – upadł w wyniku „nocy teczek”, której ślady widzimy zresztą w olsztyńskim przedstawieniu. Następca Olszewskiego, Waldemar Pawlak, nie był w stanie utworzyć rządu. Gdy upadł kolejny gabinet, Hanny Suchockiej, Lech Wałęsa rozwiązał Sejm.

Od tego czasu polska polityka znacząco się sprofesjonalizowała. Chaotyczny, złożony z roju mikrougrupowań – w tym takich formacji, jak Polska Partia Przyjaciół Piwa – system partyjny został ostatecznie zastąpiony przez duopol zdominowany przez Tuska i Kaczyńskiego. Jednocześnie historia, jaką przedstawiają Janiczak i Rubin, uparcie nie chce stać się przeszłością. Politycy służący jako inspiracja dla scenicznych postaci ciągle odgrywają publiczną rolę – jeśli nie jako aktywni parlamentarzyści, to opiniotwórczy komentatorzy. Teczki, agenci, aborcja, miejsce Kościoła w demokratycznym państwie cały czas stanowią przedmiot pełnych emocji politycznych sporów.

W nowej logice polaryzacji politykom coraz trudniej się skompromitować – do pewnego stopnia zawsze można liczyć na lojalność „swojego” plemienia – a jednocześnie obie jej strony od klasy politycznej nie oczekują wiele i nie spodziewają się po politykach niczego dobrego. To, co widzimy w spektaklu, nie tyle „obnaża” jakąś ukrytą prawdę o polityce czy najnowszej historii politycznej III RP, ile potwierdza to, co od dawna sobie o nich myślimy, z mniej lub bardziej cyniczną rezygnacją. Prawdziwe obnażenie dokonuje się gdzie indziej, w emocjonalnym portrecie bohaterki, w tym, jak spektakl pokazuje jej naiwność, wrażliwość, pożądliwość, ambicję i bezradność.

Amanci panny A.

W piosence z połowy lat 90. Amanci panny S. Jacek Kaczmarski patrzy na ówczesną politykę jak na historię burzliwych, nieszczęśliwych relacji tytułowej bohaterki – reprezentującej społeczeństwo ery transformacji – i jej kolejnych amantów, polityków konkurujących o względy elektoratu. „Intelektualiści” – rząd Tadeusza Mazowieckiego – „ciągle rozprawialiby o ideałach”, zaniedbując materialne potrzeby wybranki. „Biznesmeni” – Jan Krzysztof Bielecki i KLD – „ją potraktowali krótko/jakby wielokrotną była już rozwódką”. „Sędzia sumień” – Macierewicz – „za bardzo jej pogrzebał w życiorysie”. Ostatecznie, zniechęcona do kolejnych solidarnościowych amantów, „panna S.” wybiera „tego, co ją niegdyś gnębił” – postkomunistów z SLD i PSL.

Podobny schemat odtwarza się w spektaklu. Kolejni polityczni amanci zabiegają o względy „panny A.”, próbują ją uwieść i zaciągnąć do łóżka. Jednocześnie czasem nie bardzo wiadomo, czy próbują uwieść Anastazję/Marzenę, czy elektorat; czy zabiegają o względy budzącej pożądanie kobiety, czy o głosy wyborców. W kilku scenach przedstawienie dokonuje fascynującej interpretacji politycznych języków lat 90., pokazując je jako propozycje, w co „zainwestować” nadmiarową, eksplodującą wszystkimi otworami libidynalną energię epoki.

Antoni z pasją inkwizytora chce ją przekierować na rozliczenia z dawnym systemem, zemstę na jego funkcjonariuszach. Jacek snuje wizje utopii gwarantującej wszelką możliwą sprawiedliwość, w tym seksualną. Wąsaty liberał Janusz chce zaprząc transformacyjne energie do pracy na rzecz rosnącego PKB. Gdy w jednej ze scen Anastazja/Marzena znajduje się z nim sam na sam, deklaruje, że czuje się zupełnie bezpieczna: Janusza podnieca nie ciało towarzyszącej mu kobiety, ale wizja wieżowców wznoszących się w centrum Warszawy jak giełdowe wykresy w okresie wielkiej hossy.

Wszystkie polityczne romanse kończą się dla bohaterki spektaklu mniejszym lub większym rozczarowaniem. Anastazja/Marzena może tu służyć jako figura reprezentująca doświadczenie całego społeczeństwa lat 90., „zakochującego” i „odkochującego” się w kolejnych politykach, po kolei rozczarowującego się Mazowieckim i Wałęsą, post-Solidarnością i postkomuną.

Społeczną prawdę wyraża też osobista historia bohaterki, brutalne zderzenie jej fałszywych, zmyślonych arystokratycznych pretensji i marzeń o wielkim świecie z rzeczywistością. Na historię Anastazji/Marzeny można bowiem spojrzeć jak na historię nieudanego awansu klasowego ery transformacji. Włodzimierz Kalicki pisał w „Gazecie Wyborczej” po publikacji Erotycznych immunitetów o bohaterce i narratorce książki: „W jej losach, gestach, sposobie wysławiania się jest po prostu prawda o wielu dziewczynach i chłopcach z głębokiej prowincji, którzy bez specjalnego żalu żegnali rodzinne domy, szli do szkół w większych miasteczkach i w końcu szukali życiowej szansy na studiach”. W czasach PRL, kontynuuje swój wywód dziennikarz, takie osoby robiłyby kariery w oficjalnych organizacjach studenckich, zaniedbując studia, ale przygotowując sobie wygodną przyszłość. „W naszych niezbyt normalnych czasach – konkluduje Kalicki – gdy kwalifikacje kierownika klubu lub organizatora studenckich rajdów wystarczają, by kierować partiami politycznymi […] Marzena-Anastazja miast gwiazdą akademika została hrabiną, francuską korespondentką i heroiną sejmu”.

Dziś podobne przedstawienie bohaterki uznane by zostało za mocno klasistowskie, wtedy standard był inny. W przeciwieństwie do wielu działaczy studenckich z PRL Anastazji/Marzenie ostatecznie się nie udaje. Sukces sprzedażowy książki pozwala co prawda spłacić długi narobione na drodze do Sejmu, ale kapitału widzialności nie starcza już na karierę polityczną czy długotrwały celebrycki status. Transformacja obiecywała, że każdy może wymyślić się na nowo i być kimkolwiek zechce, jeśli tylko wykaże się odpowiednim sprytem, bezwzględnością, determinacją, pracowitością, talentem – w historii Anastazji/Marzeny widzimy, że jednak nie każdy.

Transformacyjna pani Bovary

Bohaterka olsztyńskiego przedstawienia przypomina jeszcze jedną postać: panią Bovary. Protagonistka Flauberta, żona prowincjonalnego lekarza zaczytana w romansach Waltera Scotta, niezdolna do rozróżnienia sztuki i życia, wdaje się w destrukcyjny romans z arystokratą. Marzena Domaros/Anastazja Potocka to nasza transformacyjna pani Bovary, z głową umeblowaną nie przez Scotta, ale Dynastię, kolorowe magazyny, Harlequiny, ludowe fantazje o wielkopańskim życiu.

Powieść Flauberta nie byłaby arcydziełem, gdyby pisarz stworzył satyrę na swoją bohaterkę albo potępiający ją moralitet, gdyby nie był w stanie sympatyzować z jej pragnieniami, jakkolwiek naiwne i ckliwe by były. W olsztyńskim przedstawieniu twórcy z jednej strony ukazują całą głupotę, brzydotę, drapieżność, przaśność i tandetność lat 90., z drugiej potrafią z empatią spojrzeć na marzenia bohaterki – co nie byłoby możliwe bez świetnej roli Mileny Gauer, zasługującej na szczególne wyróżnienie w bardzo dobrej obsadzie.

W środku spektaklu widzimy projekcję przedstawiającą film nagrany pod współczesnym Sejmem. Na jego teren próbuje wejść naga Anastazja/Marzena. Powstrzymuje ją groźnie wyglądający strażnik. Chaos transformacji, czasy, gdy takie postaci mogły swobodnie chodzić po Sejmie, dawno się skończyły. Ich widma nie przestają nas jednak nawiedzać. To ich pragnienia ukształtowały obecną Polskę.

Erotyczne immunitety, sex i transformacja