Olsztyn wystawił arcydzieło!

Bo w takich kategoriach należy potraktować wystawienie na deskach Teatru Jaracza powieści Henryka Sienkiewicza „Krzyżacy” w genialnej inscenizacji Jana Klaty, dyrektora Teatru Narodowego w Warszawie. Nie chciałbym Państwu zepsuć przyjemności z oglądania spektaklu, więc pominę szczegóły, chociaż i tak każdy je zna, bo Sienkiewicz to przecież jeden z najbardziej poczytnych naszych pisarzy, również w licznych przekładach za granicą, i w końcu laureat Nagrody Nobla, chociaż za inną powieść.

Wszyscy też pewnie z kilka razy oglądaliśmy sławny film w reżyserii Aleksandra Forda „Krzyżacy” z 1960 roku. Ale dlaczego wystawienie tej powieści w teatrze przez Jana Klatę śmiem (jako teatrolog) nazywać arcydziełem, i to nie tylko w wymiarze polskim, ale w wymiarze powszechnym?
Po pierwsze wspaniała scenografia i kostiumy, tyle symboliczne, co pomysłowe i ekspresyjne. Jeśli Państwu powiem, że od razu pomyślałem o filmach z armiami robotów („Gwiezdne wojny” czy „Ja, robot”), to dotkniemy właśnie istoty tej metafory, jako zderzenia świata średniowiecznego ze współczesnym i science fiction, i tego, co nas nieuchronnie czeka. Ale czy nakazowe ujednolicenie stroju (dawne Chiny) to też nie wyraz totalitaryzmu? Czyż zakon krzyżacki nie był totalitarny?
I tu druga cecha tego spektaklu: uniwersalizm przesłania, możliwość wielorakiej interpretacji. Można scenografię i kostiumy interpretować także jako obraz zwartej armii pracowników współczesnych korporacji opartych na chciwości (ekspresyjnie zagranej przez jednego z aktorów) i nowej religii, jaką jest zysk. To oczywiście tylko inspiracje, wpisujące się w przesłanie spektaklu jako antyestablishmentowa i alterglobalistyczna krytyka współczesnej cywilizacji. A resztę Państwo sami dopowiedzą.

Wspaniała, wręcz cudowna gra aktorów genialnie poprowadzona przez reżysera. W tekście nie ma wielkiej improwizacji z Mickiewicza, ale jest ruch, dynamika, energia, a dopiero potem słowo. Nie jest to na pewno Teatr Rapsodyczny, w którym grał Karol Wojtyła. Tu reżyser wspaniale wykorzystał grę ciałem olsztyńskich aktorów. Słowo jest tylko częścią przestrzeni teatralnej, ważnym jej elementem, ale nie najważniejszym. Nie zobaczymy Gustawa Holoubka „mówiącego wiersz”, ale wspaniale poruszających się olsztyńskich aktorów grających na granicy pantomimy. Zwłaszcza gra Pań aktorek, żeby nie pominąć Panów, staje się momentami ekstatyczna, jakby w transie. Wygląda to wspaniale. Momentami ciarki przechodzą po ciele.

Przeczytałem głosy recenzentów, że ten spektakl zrywa z jakąś tradycją polskości. No nie wiem, to zależy o jakiej tradycji mówimy — ocenią Państwo sami. Moim zdaniem tak samo zrywa, jak zrywał Gombrowicz, tzn. używał groteski, chcąc pokazać naszą, nazwijmy to, specyfikę. Tu też zobaczymy coś z Gombrowicza. Główny bohater „Krzyżaków” jest jakby żywcem wyjęty z „Transatlantyku” iw ogóle z twórczości Gombrowicza, czyli dorosły, niedojrzały dzieciak z przyprawioną gębą.
Tych reminiscencji z historii teatru znajdziemy więcej. A więc zabieg wzięty z pamiętnego spektaklu Adama Hanuszkiewicza „Balladyna”, gdzie na scenę wjechały motocykle Hondy. Tu grają inne rekwizyty. I w końcu fragmenty z prawie pustą sceną, gdzie jest jeden, może dwóch aktorów bohaterów i szerokie snopy światła, i dużo ciszy, niepewności, co się stanie — zawieszenie. Pomyślałem 0 Becketcie i „Czekaniu na Godota”, ale to może ten wspaniały wieczór pełen mądrej i pięknej sztuki tak zadziałał. Ale czyż nie tak powinien działać teatr?

Zakończenie przedstawienia to katharsis, i to w tym rozumieniu antycznym-arystotelesowskim. Jeśli przypomni to Państwu jakiś sławny obraz jakiegoś sławnego malarza, to opiszcie swoje wrażenia w e-mailu do redakcji.

Dziękuję dyrektorowi teatru Panu Pawłowi Dobrowolskiemu za ściągnięcie Jana Klaty i wszystkim, których praca złożyła się na ten spektakl. Jestem dumny, że Olsztyn zagrał tym razem w najwyższej lidze sztuki teatralnej. Tak promować Olsztyn to jest sztuka!

Krzyżacy