“SEZON na burze” — wywiad w MADE IN z Pawłem Dobrowolskim.
Z jednej strony owacje na stojąco, festiwalowe zaproszenia i pełne sale. Z drugiej - kontrowersje, pozew i hejt wokół mocnych premier oraz plakatu. Z Pawłem Dobrowolskim, dyrektorem Teatru im.S. Jaracza, kończącego właśnie setny sezon, rozmawiamy o granicach sztuki i życiu w oku cyklonu.
MADE IN: Czy wszechobecne łamanie tabu w social mediach zmusza i teatr do mocnych realizacji?
Paweł Dobrowolski: Naprawdę nie wychodzimy na scenę z planem „zróbmy skandal". Bardziej interesuje nas zejście z utartych ścieżek po to żeby coś w widzu poruszyć - emocje, myśli, czasem sumienie. Problem w tym, że żyjemy w rzeczywistości, w której każda odważniejsza realizacja trafia na front ideologicznego sporu. Tak było choćby przy „Wszyscy jesteśmy Belén" w reżyserii Katarzyny Minkowskiej. Jako instytucja podlegamy zarządowi województwa, więc jego przeciwnicy polityczni zrobili dwuosobowe show przed teatrem, wykorzystując do tego plakat spektaklu. A wystarczy obejrzeć przedstawienie, aby zrozumieć intencje twórców i powód posłużenia się chrześcijańską symboliką. Sprawa trafiła do prokuratury, ale my robimy swoje. Sztuka ma tę przewagę, że zwykle broni się sama.
To reklama dla spektaklu czy przeciwnie?
Paradoksalnie to świetna reklama - w teatrze ustawiła się kolejka po plakat „Belen". W naszym spolaryzowanym społeczeństwie wszelkie kontrowersje działają mobilizująco na obie strony. Miałem zresztą sytuację dość symboliczną: ksiądz, który wcześniej - pod wpływem nacisków - krytykował plakat, później mnie za to przeprosił.
Spektakl „Vader. Wojna totalna" też jeszcze przed premierą budził kontrowersje.
Zanim zdążyliśmy pokazać spektakl. katolickie medium Polonia Christiana podało, że będziemy promować satanizm w Wielkim Tygodniu. Gdybyśmy mieli brać na serio takie diagnozy, najlepiej byłoby zamknąć teatr i zająć się czymś bezpieczniejszym. Vadera pokazujemy jako lokalny fenomen artystyczny. Ich fani z całej Polski rezerwują bilety na spektakl, a przy okazji mają sposobność - często po raz pierwszy - odwiedzić Olsztyn.
Na „Krzyżakach" Jana Klaty również bywa publiczność z całej Polski.
Zagraliśmy 30 spektakli z pełną widownią i owacjami na stojąco - w Olsztynie i w Warszawie. Spektakl jest zapraszany na festiwale, pisały o nim ważne media w Polsce i krytycy teatralni. Ale byli i tacy, którzy go krytykowali, np. za zniewagę zbroi rycerskiej. Dlatego nie zdziwi mnie już żadna reakcja widzów. A najciekawsze są dla mnie te codzienne - ktoś zagaduje mnie w sklepie, zostawia list w kasie, często szczery, pisany odręcznie. I dobrze, Teatr nie jest od tego, żeby głaskać widza po głowie. Raczej od tego żeby czasem go lekko szturchnąć.
Czy jest granica, której nie można przekroczyć na scenie?
Oczywiście - choćby nawoływanie do nienawiści. Natomiast sztuka nie jest komunikatem wprost, tylko językiem metafor i skojarzeń. I tu zaczynają się schody, bo każdy odbiera je inaczej. Liczymy się z różną wrażliwością widzów, ale trudno wyznaczyć granice jak np. w debacie publicznej. Dlatego lubię siadać na widowni i obserwować reakcje naszej publiczności. Bywa też, że nasze obawy okazują się przesadzone - jak przy „Susan Sontag", gdzie spodziewaliśmy się kontrowersji wokół jednej ze scen, a publiczność przyjęła ją z dużym spokojem.
Idziecie dalej - 22 maja premiera spektaklu inspirowanego słynnym „Pamiętnikiem Anastazji P.". Golizna dobrze się sprzedaje w teatrze?
Mam wrażenie, że od dobrych dwóch dekad już niespecjalnie kogokolwiek szokuje. Choć anegdota teatralna mówi, że najlepiej sprzedałby się spektakl pod tytułem „Sex, sex, sex" - i pewnie coś w tym jest. Spektakl „Erotyczne immunitety: sex i transformacja" bazuje na książce, którą w latach 90. Polacy czytali z wypiekami na twarzy, ja również. Seksafery potrafią obalać rządy, więc to zagadnienie, któremu warto się przyjrzeć. Sztuka ma być sumieniem narodu, dzięki której możemy się uderzyć w piersi -przecież to my wybieramy tych polityków, to my tworzymy te kościoły, wspólnoty i partie.
Obrywa się wszystkim.
Bo teatr często działa jak krzywe zwierciadło - coś wyostrza, coś przerysowuje, czasem prowokuje do śmiechu. Ale nie zawsze. Bywa, że jest po prostu lustrem i pokazuje rzeczy takimi, jakie są. I mam wrażenie, że to właśnie wtedy bywa najbardziej niewygodny. I to lustro nie wybiera, kogo pokaże. Jubileuszowy sezon był mocny, mamy kalendarz wypełniony zaproszeniami na festiwale w Toruniu, Warszawie, Krakowie, Opolu, Kaliszu i Szczecinie. Po trzech latach pracy w Olsztynie mam wrażenie, że biegnę w jakimś maratonie. Jestem zmęczony, ale szczęśliwy, bo o naszym teatrze jest głośno w Polsce, a ja dostaję każdego tygodnia kilkanaście CV aktorów, którzy chcą z nami pracować.
Rozmawiała: Beata Waś