Markus Falk w Olsztynie!

Kiedy w Kielcach każą jej zrobić czytanie o Żeromskim, udaje, że robi spektakl o Żeromskim. A kiedy w Olsztynie proszą o spektakl o Olsztynie, udaje, że robi spektakl o Olsztynie. Weronika Zajkowska odświeża teatr.

Weronice Zajkowskiej już raz dałam się nabrać. Oglądając Żeromski: backstage – trochę czytanie performatywne, trochę spektakl, a trochę stand-up powstały w ramach rezydencji w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach – zapomniałam, że jestem w teatrze i oglądam przedstawienie, a Bartosz Bielenia, choć występuje jako Bielenia (krótko, w dodatku tylko w filmie, na kamerce), wcale nie musi być prawdziwym Bartkiem. Lampka nie zapaliła mi się nawet wtedy, gdy pod koniec prezentowanej widzom i widzkom wideorozmowy okazał się w stosunku do artystki (ponoć dawnej koleżanki z dziecięcych zajęć teatralnych) jawnie nieprzyjemny – co reżyserka rzecz jasna przewidziała w scenariuszu. Zresztą wiele innych spraw, w które kazała nam uwierzyć, na pozór badając biografię Stefana Żeromskiego, pod koniec także okazało się inscenizowaną ściemą. Spektakl oglądałam na Forum Młodej Reżyserii, mogłabym więc tłumaczyć swoją łatwowierność faktem, że był to prawdopodobnie piętnasty pokaz tego weekendu, a moje zdolności percepcyjne były już mocno ograniczone. Dziś, gdy wracam myślami do tego doświadczenia, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Zajkowska stworzyła coś wyjątkowo udanego: wielopoziomowego, na nowo badającego granice teatralności w czasach po autoteatrze, a przy tym autentycznie angażującego. Nie jestem w tej ocenie odosobniona, bo na tym samym Forum reżyserka otrzymała nagrodę Debiutu TR Warszawa. Ale, jak to dziś coraz częściej bywa: najpierw Olsztyn, dopiero potem Warszawa.

Nie wiem, z jakim pomysłem Zajkowska przyszła do Pawła Dobrowolskiego lub z jakim Dobrowolski przyszedł do Zajkowskiej, ale z zewnątrz wygląda to tak: kiedy w Kielcach każą jej zrobić czytanie o Żeromskim, udaje, że robi spektakl o Żeromskim. A kiedy w Olsztynie proszą o spektakl o Olsztynie, udaje, że robi spektakl o Olsztynie. Jednocześnie otwarcie przyznaje się do tego gestu i czyni go tematem.

W tym z góry założonym kłamstwie jest więcej szczerości niż w działaniach wielu przyjezdnych reżyserów i reżyserek, którzy w mieście, o którym mają zrobić spektakl, spędzili miesiąc, w porywach do dwóch. Niewiele rzeczy jest bardziej irytujących niż krakowscy twórcy przyjeżdżający opowiadać Łodzianom o Łodzi (Kto nie ma nic, ten może wszystko, Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka w Łodzi) albo zaproszeni przez gdyński teatr artyści, którzy na stulecie Gdyni próbują zrobić spektakl o Gdyni, a ostatecznie tworzą przedstawienie o tym, że… trudno jest zrobić spektakl o Gdyni (Gdynia. Fordewind, Teatr Miejski w Gdyni). Ładny mi prezent. I to nie jest kwestia problemu reprezentacji. Raczej przyzwoitości. A także wnikliwości. Siatka skojarzeń nowo przybyłych najczęściej jest banalna: Łodzian naprawdę nie zajmują fabryki, mieszkańców Gdyni morskie fale, a Olsztyniaków zapach jezior. Tak przynajmniej podejrzewam.

Spektakl Olsztyn. Instrukcja obsługi otwiera scena spotkania z twórcami filmu Smells like Olsztyn: reżyserem Markusem Falkiem (Maciej Cymorek), scenarzystką Claire Dembinski (Marzena Bergmann) i autorką zdjęć Marlene Weiss (Agata Zielińska). Rozmowę prowadzi Milena Gauer, występująca jako ona sama – aktorka olsztyńskiego teatru, która zagrała również w filmie międzynarodowego zespołu. W tle, na ekranie, widzimy plakat produkcji: z melancholijnym krajobrazem, niby odręcznie napisanym tytułem i listą nazwisk twórców spisaną minimalistycznym fontem. To z pewnością kino autorskie, z aspiracjami festiwalowymi.

Markus jest Berlińczykiem, którego do Olsztyna sprowadziło odnalezione pudełko po babci jego chłopaka, Gertrude, pochodzącej właśnie stąd. W pudełku znalazły się szpitalne fiolki (babcia była pielęgniarką) i fotografie. Fiolki, w których rzekomo zamknięto zapach Olsztyna, czy też Allenstein, jak powtarza Markus. Oto symbol prawdy i autentyczności. Dla Markusa oczywiście, bo dla Zajkowskiej są raczej kolejnym narzędziem kpiny. To świetna scena: pełna frazesów i pustosłowia udającego głębię: „Olsztyn spoke to me, to us…”, „I think these landscapes remember something we don’t”, „Memory is very sensual” itd. Co prawda trzeba przez chwilę uzbroić się w cierpliwość, bo spotkanie odbywa się po angielsku, a Gauer co jakiś czas tłumaczy jego przebieg, w związku z czym sekwencje nieco się dłużą. Te chwile można wykorzystać na obserwowanie póz pozostałych uczestników rozmowy, a sporo tu aktorskich niuansów: nieśmiałość skrywająca samozachwyt czy udawane zamyślenie. Ktoś powie, że to przerysowane zachowanie, że ludzie na pewno tak nie robią. Mhm, jasne.

Tuż przed spektaklem siedzący obok mnie widz czyta ulotkę. Słyszę, jak opowiada koledze, że przedstawienie przygotował międzynarodowy zespół. Jest tym faktem wyraźnie przejęty. W mediach społecznościowych i na stronie Teatru im. Stefana Jaracza wśród twórców również figurują nieistniejący Falk, Dembinski i Weiss. Jeszcze zabawniej robi się, gdy przypomnimy sobie, że narzędzia AI zasysają dziś wszelkie internetowe bzdury. Jeśli więc zapytamy sieć o Markusa Falka, trafimy na jego biogram w IMDb, przygotowany specjalnie na tę okazję przez samą Zajkowską. Czy dzięki temu spektakl przyciągnie więcej widzów i widzek? Wątpię, bo zagraniczni twórcy raczej nie przyciągają polskiej publiczności.

Dalej obserwujemy dokładanie następnych pięter fikcji. Najpierw widzimy fragment omawianego filmu, później jedna z twórczyń oburza się, że nie jest to wersja, nad którą pracowała, i z wrzaskiem opuszcza scenę. Pojawia się Milena Gauer, która przeprasza publiczność, tłumacząc, że premiery są trudne, a artyści czują się tak, jakby oddawali swoje dziecko do okna życia.

Pojawia się też piękna scena tworzenia animacji: trójka filmowców pracuje między innymi z dymem, wodą, gałązkami i roślinami, tworząc artystyczną wizję mikroklimatu Olsztyna. Efekt ich działań obserwujemy jednocześnie na ekranie w tle i na scenie. To obrazy, o których bez cienia kpiny myślę: teatr medytacyjny. Choć ta kategoria generalnie nie budzi mojego zaufania i nieszczególnie pasuje do całości przedstawienia. A jednak są w tej scenie jakiś oddech, przyjemność i wyciszenie. Późniejsze ujęcia makiety z ludzikami Lego nieco osłabiają to wrażenie, ale gdy w głowie zaczyna krążyć zbyt wiele pytań, filmowanie nagle się urywa, a jedna z bohaterek, jakby czytała widzom w myślach, pyta swoich kolegów o sens tego, co właściwie kręcą.

Kiedy kończą pracę, wydaje się, że wyszliśmy już z planu filmowego. Nic bardziej mylnego. Za chwilę ponownie okazuje się, że pozornie naturalna scena rozmowy została odegrana na potrzeby filmu. Takich szkatułkowych konstrukcji i kolejnych poziomów fikcji jest w spektaklu jeszcze kilka. Obawiam się jednak, że i tak zdradziłam czytającym zbyt wiele z tej zabawy. Jestem za to szalenie ciekawa, jak spektakl przyjmą mieszkańcy Warmii. Z opublikowanego na naszych łamach wywiadu z dyrektorem Dobrowolskim wiem, że gust krytyki rzadko pokrywa się z gustem publiczności teatru. Mam nadzieję, że nie będzie to oznaczało pustek na widowni.

Olsztyn. Instrukcja obsługi

Najbliższe spektakle