Wspaniały spektakl
Jeśli macie obawy, że Henryk Sienkiewicz może was skrzywdzić to spokojnie - nie tutaj. Wielu ludzi z mojego otoczenia miało flashbacki z Wietnamu, kiedy słyszeli hasło „Krzyżacy”. Nie będę też udawał, że jestem fanem Sienkiewicza - gdybym miał możliwość wybrać czy wolę ocalić dzieła Sienkiewicza czy też nie, najpewniej wybrałbym opcje cofnięcia się w czasie i podpowiedzenia mu kariery malarskiej zamiast pisarskiej. No, ale do brzegu - w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie za kobyłę, jaką są „Krzyżacy”, wziął się Jan Klata do pary z Ishabel Szatrawską odpowiedzialną za adaptację i dramaturgię.
Twórcy wykonują jeden z moich ulubionych trików, czyli konstruują historię zakotwiczoną w opowieści wyjściowej i czerpią garściami z elementów znanych, ale podbijają także konkretne fragmenty i mocno zmieniając ich wydźwięk wysuwają na pierwszy plan kwestie toczące się w tle oryginału jednocześnie odnosząc się bardzo mocno do współczesności. Jest to zresztą dobrze znany zabieg u Klaty, za który cenię go jako twórcę i w sumie mógłbym żreć te jego spektakle jak koza trawnik, czyli bez jakiegokolwiek zatrzymania.
Historia Zbyszka Trzy cytryny z Bogdańca staje się tutaj pretekstem do spojrzenia na konflikt polsko-krzyżacki i jednocześnie przyłożenia go do trwających obecne konfliktów zbrojnych na świecie. Istotną kwestią staje się też wpływ kościoła na współczesną Polskę, który pobrzękuje w tej adaptacji.
Szatrawska bardzo celnie wydobywa z oryginału komizm i podbija go momentami do absurdu, który w sprawnych rękach Klaty pokierowany zostaje tak, że pada na podatny grunt i wybrzmiewa doskonale. Momentami dzieje się to zupełnie na krawędzi, ale nie przekracza jej, jak na przykład Krzyżacy hailujący w takt przemówień wielkiego mistrza niczym w takt niemieckiego techno.
Istotny staje się tu także temat Polaków traktujących wojnę jako swoiste błogosławieństwo, bo dzięki niej będą mieli możliwość realizacji swoich małych, głupiutkich interesów. Bohaterowie pragną wojny i krwi jedynie po to, by się zrealizować i nie widzą dla siebie innej możliwości niż kolejna walka. Zbyszko wręcz modli się o wojnę - która ostatecznie pochłonie jego ukochaną jak i cały kraj - jedynie po to, by móc postrącać kilka krzyżackich piór z hełmów, bo w uniesieniu naobiecywał Danusi, że tak uczyni.
Jest to historia nie tylko o walce z wrogiem zewnętrznym, ale też o szukaniu sobie wroga na siłę miedzy swoimi, o wiecznej potrzebie ciągłego udowadniania sobie swojej wartości przemocą i trwaniu w permanentnym stanie gotowości i wojny.
Całości fantastycznie dopełnia znaczeniowo przestrzeń scenograficzna, kostiumy (Mirek Kaczmarek) oraz wizualizacje (Natan Berkowicz). Scena skąpana jest w bieli i projekcjach grających na kontraście czerni i szarości; przez to wszystko zdaje się być momentami wręcz monochromatyczne. Nieprzerwanie na scenę pada śnieg pokrywając białe już podłogi coraz nowszą warstwą bieli. Można zadać sobie w tej sferze zasadne pytanie: może to wszystko już jest po jakiejś potwornej zagładzie atomowej i to, co widzimy to opad nuklearny i chłopcy bawiący się w rycerzy w karykaturalnych zbrojach wykonanych z puchowych kurtek i za dużych kapturów? Przecież wojna jest dla nich jedynie igraszką, więc tak właśnie w nią grają: bardzo nie na serio, ale z niesłabnącą zaciekłością.
U Klaty istotne stają się też kobiety; przestają być jedynie niewiastami do odratowania lub prześmiewczymi babami na szkwał, które mogą rozbijać orzechy udami. Dostają o wiele więcej osobowości i mocy sprawczej tym samym otrzymując w końcu pełnoprawne i należyte miejsce w tym męskim świecie.
Klata bardzo świadomie gra zrównaniem wojny z zakonem krzyżackim do najazdu hitlerowskich Niemiec na Polskę. Na tej bazie kreśli przerażające sekwencje, w których Jurand ze Spychowa (w tej roli zajebisty Cezary Studniak) oddaje się pod panowanie zakonu, aby tylko uchronić swoją córkę przed złym losem i dać jej szansę powrotu na wolność. Scena oślepienia go (za pomocą wielu latarek) przywodzi na myśl tortury, jakich dopuszczają się oprawcy wojenni na jeńcach - bezlitosne poniżanie i niemalże całkowite odczłowieczenie ofiary. Kolejną sceną, która mrozi, jest taniec Juranda w takt niemieckiej wersji kolędy “Cicha noc”, gdzie mężczyzna przyjmuje pozy na kształt swastyki.
Cała ta droga prowadząca do sceny, w której Jurand wybacza swoim oprawcom, jest narastaniem bólu, ale nie doprowadza to do żadnego kataraktycznego uniesienia. Dochodzi do przebaczenia, ale nie ma tutaj poczucia wzajemności tej emocji z drugiej strony. Próba przerwania pętli walki nie udaje się.
Finałowa sekwencja bitwy pod Grunwaldem zamienia się w kibolską ustawkę w czasie której każdy ze swoją pieśnią na ustach rzuca się w wir walki jedynie po to, by dowieść swego; ale nawet ta wspólnotowość w walce staje się przecież kolejnym rozłamem prowadzącym do pogłębiania zła i podziałów.
W olsztyńskim teatrze udało się moim zdaniem Klacie wrócić do dobrej formy po kliku flopach w ostatnich latach. Odnajduję tutaj elementy już dobrze mi znane z jego spektakli, ale też czuję dużo świeżego. Trzeźwe spojrzenie na trudną prawdę: wojna nie zmienia się nigdy, a wspólnotowość, która kiedyś łączyła Polaków, ten mityczny wspólny wróg w obecnych czasach nie ma zupełnie racji bytu, bo każdy ma swojego własnego wroga i nie jest w stanie zdziałać niczego ponad podziałem. Smutny obraz świata popadającego coraz głębiej w konflikt i rozłam, odwracającego twarz w stronę ideologii znanych nam z przeszłości, które - jak wiemy - nie przyniosły niczego dobrego.
Wspaniały spektakl, który z ogromną energią niesie widza ze sobą i pomiędzy strasznymi momentami bywa intencjonalnie zabawny - jednym z zabawniejszych pstryczków w nos jest umiejscowienie samej przerwy między dwoma aktami spektaklu. Gdyby tylko Olsztyn nie był na drugim końcu mapy to chętnie powtarzałbym sobie „Krzyżaków” tak jak od lat robię to z krakowskim „Wrogiem Ludu” czy „Weselem”, bo to jest spektakl z tej kategorii przedstawień, które raczej będą z czasem rosnąć i nabierać jeszcze więcej siły i kontekstów.