W pół drogi
To, co należy w spektaklu Toń docenić, to jego ogromne ambicje. Niestety, za spełnienie tych ambicji twórcy i widzowie płacą cenę.
Toń Ishbel Szatrawskiej to „wielka powieść” co się zowie. Osadzona na Warmii, wielowątkowa i kilkusetstronicowa narracja o skomplikowanych i niejednoznacznych tożsamościach ludzi, którzy zamieszkiwali tereny nazywane dawniej Prusami Wschodnimi, jest pełna ciekawych, żywych postaci i dramatycznych wydarzeń. Czas akcji płynie nielinearnie, niektóre wątki są jak najbardziej współczesne, inne sięgają dwudziestolecia międzywojennego. To efektowna i barwna panorama, bardzo atrakcyjna w lekturze i – co zauważyli niemal od razu krytycy i czytelnicy – bardzo filmowa. Szatrawska montuje sceny, zdarzenia i opisy niczym w najlepszym thrillerze, kontrastując ze sobą ogół i szczegół, nagle zmieniając tempo, robiąc wymowne elipsy narracyjne.
Czymś, co łączy niemal wszystkich głównych bohaterów powieści, jest dom położony na Warmii. Jego właściciel, Wolf, chce go sprzedać, nie zgadza się na to jego córka, Alicja, antropolożka zajmująca się naukowo gwałtami wojennymi i zmagająca się z hierarchią uniwersytecką (jej chłopak zaś pomaga uchodźcom na granicy z Białorusią). W powieści cofamy się i do dzieciństwa Alicji, i do dzieciństwa Wolfa – syna Janki. Janka osiedliła się tu po wojnie. Przed wojną dom należał do Niemców, mieszkali tam stary Horst i jego syn, lekarz, Max Kruschka. Wojenne losy Maxa i jego żony Gudrun zajmują dużą część powieści – praca w szpitalu w trakcie oblężenia miasta, gwałty dokonywane przez Rosjan, niepewność, rozłąka zakochanych, trud budowania życia po wojnie.
Nic dziwnego, że takim materiałem zainteresował się Teatr im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Adaptacją powieści zajęła się sama autorka, a za reżyserię odpowiadał Damian Josef Neć – i oboje podjęli znaczące dla spektaklu decyzje, zarówno adaptacyjne, jak i reżyserskie. Skupmy się najpierw na adaptacji. Po pierwsze, Szatrawska wycięła części dotyczące współczesności i PRL-u, skupiając się na wojennej historii Maxa Kruschki i tużpowojennych losach Janki Lakisowej. Wątek Janki zajmuje o wiele mniej miejsca, ale stanowi ramę kompozycyjną całości tego długiego (prawie trzy godziny, dwie przerwy) spektaklu.
Po drugie, Szatrawska przeniosła na scenę przede wszystkim dialogi, kompletnie pomijając to, czym powieściowa Toń oddycha – czyli narrację, mowę pozornie zależną, monologi wewnętrzne bohaterów, opisy. To miecz obosieczny: dzięki takiej adaptacji akcja toczy się wartko, ale motywacje bohaterów i zależności między nimi zostają spłaszczone lub rozmyte. A ponieważ zachowany zostaje nielinearny i niechronologiczny porządek zdarzeń, czasem naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Sceny z przeszłości bohaterów momentami przypominają senne wizje, nie wiadomo, co jest w ich losach prawdą, a co zmyśleniem, nie wiadomo zatem, czym realnie się tu przejmować.
Współczesne wątki powieściowe – motyw sprzedaży domu, opowieści o Alicji, jej zmaganiach z grantami i ze skomplikowanym uczuciem do chłopaka-aktywisty – nie były może najlepszymi częściami książki, ale wydaje mi się, że dla wymowy całości ta współczesna warstwa była kluczowa. To dzięki tak szerokiej czasowej perspektywie można było dostrzec, jak Historia (przez wielkie „H”) odkłada się na życiu jednostek przez pokolenia, jak w nieuchwytny sposób oddziałuje i rozbłyska w nieoczekiwanych momentach (jak wtedy, gdy Alicja odczuwa sprzeczne, dziwne emocje podczas słuchania niemieckiej muzyki klasycznej). Tworzą się dzięki temu nieoczywiste paralele między bohaterami, niektóre na poziomie losów (podobieństwo uchodźców z czasów II wojny światowej oraz tych współczesnych, z Puszczy Białowieskiej), niektóre na poziomie charakterów. Toń jest opowieścią o gotowości do zmiany, o potrzebie zmiany – jak się okazuje, zarówno Max Kruschka, jak i Alicja unikają zmian tak długo, jak to tylko możliwe.
Mistrzostwo Szatrawskiej w powieści polega na tym, że jej bohaterowie są żywi – w tym sensie, że są samoświadomi i nieoczywiści. Dojrzewają, zmieniają się w czasie swojego życia. Krytycy pisali, że inaczej niż w swoich dramatach, w Toni Szatrawska nie żongluje gatunkami i konwencjami. Tak, ale żongluje za to stereotypami tożsamościowymi i literackimi. Postaci, które początkowo lubimy, ukazują swoje mroczne oblicze, a te niesympatyczne nagle zyskują ludzkie cechy. Dzielna heroina okazuje się morderczynią, naziści dyskutujący o Beethovenie wzbudzają współczucie, przeciętniacy okazują się zdolni do bohaterstwa, a szubrawcy do nagłych aktów przyzwoitości. Tymczasem w spektaklu tego nie widać, choć twórcy starają się nie oceniać bohaterów. Zamiast frapującej niejednoznaczności, siedząc na widowni Teatru Jaracza, odczuwałem raczej obojętność, miałem wrażenie ślizgania się po powierzchni całej fabuły. Wynika to, jak sądzę, po części z zabiegów adaptacyjnych, o których pisałem, po części – z decyzji reżyserskich.
Damian Josef Neć, idąc za „filmową” adaptacją Szatrawskiej, rozgrywa spektakl jak film, jakby za czwartą ścianą. Aktorzy grają niemal wyłącznie do siebie, niby realistycznie, unikając zwrotów do widzów – ale ponieważ nie wiemy, co się dzieje w ich głowach i kim oni właściwie są, to trudno za ich losami nadążyć. Nie ma żadnych informacji, w którym roku dana scena się rozgrywa – a to dosyć istotne, nie tylko dla zrozumienia fabuły, ale też dla wymowy całej opowieści.
Scenografia (Patrycja Superczyńska, Maciej Czuchryta) jest oszczędna i uniwersalizująca. Scena jest ciemna, prawie pusta, uzupełniana jedynie co jakiś czas krzesłami, łóżkiem lub stołem. Nad sceną unoszą się białe żagle, czasem wiszące nisko nad bohaterami, czasem wzdymające się w górę. Na nich wyświetlane są projekcje wideo i rozgrywane są efekty świetlne – wzburzone morze, trawione pożogą miasto, pnące się kwiaty. Czasem te obrazy są dosłowne, czasem wizyjne. Trudno powiedzieć, gdzie jest granica między tym, co wobec bohaterów zewnętrzne, a ich stanami wewnętrznymi. Jedyny wyrazisty i konsekwentny znak wizualny to kostiumy (Krystian Szymczak): dla Niemców szare, dla Polaków białe. Jestem pewien, że bez znajomości książki nie zrozumiałbym z tego spektaklu za wiele.
A jednocześnie widać w tym spektaklu ambicje i pomysły naprawdę dobre – pomysł, by skupić się przede wszystkim na wątku Niemca – Maxa (Maciej Raniszewski), jest potencjalnie wywrotowy i intrygujący. Podobnie jak konsekwencja stylistyczna, by grać „filmowo”, „realistycznie”, z czwartą ścianą – to mogło się przecież udać, gdyby zadbać o lepszą ramę narracyjną. Fragmentaryczność spektaklu wspiera jego wymowę, to przecież przedstawienie o skomplikowanej historii i skomplikowanej tożsamości zarówno regionu, jak i konkretnych ludzi. Nie wszystko musi się wyjaśniać, nie wszystko trzeba podać widzom na tacy, a jednak ma się wrażenie, że nie zaprasza się widzów do tego, by byli razem z bohaterami.